Uciekając przed zimą

Wyprawa w listopadzie zeszłego roku w to piękne miejsce była ucieczką przed pierwszym śniegiem, nauką, depresyjnym nastrojem i zwyczajną potrzebą zwiedzania. Majorka okazała się świetnym miejscem na chwilową zmianę klimatu i opiciem się pysznymi sokami z hiszpańskiego Lidla. Podążając wraz z Niemcami, których Majorka jest chyba nieoficjalnie kolejnym landem, wzbiłam się w przestworza z berlińskiego lotniska w stronę słońca.... (i palm)

Gdy dotarłam na miejsce pierwszym zaskoczeniem jakie mnie spotkało to wielkie lotnisko. Ale po długiej drodze do wyjścia czekała na mnie nagroda- słoneczna pogoda oraz alejka z palmami. Po zmęczeniu ślad zaginął, zrzuciłam z siebie kurtkę i w szale ciepłych promieni słońca chłonęłam zachłannie witaminę D. 

Z lotniska pojechałam autobusem do miasteczka. I tu spotkałam się z pierwszą oznaką serdeczności i ciepła mieszkańców - kierowca autobusu podwiózł mnie pod drzwi hotelu. Było to tak urocze, że uśmiech nie schodził mi z twarzy przez cały długi dzień. 

Po zakwaterowaniu wybrałam się na spacer po okolicy. Morze było na wyciągnięcie ręki, piękne widoki oraz sporadycznie spotykani ludzie spacerujący z psami. Znalazł się nawet szaleniec, który podjął próbę kąpieli w morzu. Po pewnym czasie brzuch i pragnienie wskazywały mi drogę dokąd należy się udać – Lidl. Obrałam do niego długą, lecz przyjemną drogę. Był to piękny deptak wzdłuż morza z ławeczkami na których można podziwiać rozbijające się o skały morskie fale. Całość tworzyła piękny klimat z możliwością zatrzymania się w kameralnych zaułkach. Niestety lub stety odkryłam najpiękniejsze miejsce w którym byłam. Przy zachodzącym słońcu na tle morza siedząc na ławce i popijając najpyszniejszy sok z mango i ananasa oglądałam lądujące samoloty, które leciały kilkanaście metrów nad naszymi głowami. To było najcudowniejsze przeżycie! Bardzo trudno było pożegnać się z tym miejscem i wrócić do hotelu, ale jednak zmęczenie dało o sobie znać.

Drugi dzień zapowiadał się bardziej pracowicie. Postanowiłam zwiedzić stolicę wyspy- Palmę. Jest to malownicze i największe na wyspie miasto, które ma do zaoferowania wiele atrakcji. Pierwszym punktem była Katedra La Seu, która powstała w miejscu zburzonego dawniej meczetu. Obok katedry znajduje się Pałac Królewski la Almudaina. Otoczone są małym skwerkiem w którym można usiąść przy fontannie. W oddali krajobraz uzupełnia Port Palma de Mallorca w którym cumują potężne statki wycieczkowe i niewielkie jednostki. Niedaleko znajduje się Stare Miasto, które jest bardzo klimatyczne - wąskie uliczki, kamienice, które skradły moje serca i sklepy z pamiątkami, regionalnym jedzeniem oraz naturalnymi kosmetykami (ah, te kosmetyki…). Na Starym Mieście umieszczony jest także targ, z którym wiązałyśmy wielkie nadzieje mając w pamięci wielki bazar z Barcelony. Niestety, było to małe, lokalne miejsce dla mieszkańców.

Spacerując ulicami miasta dotarłam do głównego deptaku - La Rambla. Na dniach miał zostać otwarty świąteczny jarmark i ulica zaczęła zapełniać się dekoracjami.

Lody- punkt obowiązkowy każdej podróży :)

Z każdą sekundą noc zbliżała się wielkimi krokami a wraz z nią powrót do zimnej Polski. Nasze ostatnie chwile spędziłam w miejscu odkrytym dzień wcześniej oczekując na nadlatujące samoloty i zajadając kupioną po drodze kolację.

Przed lotniskiem, łapiąc ostatnie promienie słoneczne, spoglądając na siebie wiedziałyśmy, że muszę tu wrócić… i tak się niebawem stanie!